Choroba goni chorobę.


Nie wiem czy mamy ostatnio jakiegoś cholernego pecha, czy to faktycznie ma powiązanie ze stężeniem benzo[a]pirenu i reszty tego całego gówna związanego ze smogiem, ale jest to co najmniej już nierealne i męczące. Ja już zaczynam pomału wymiękać, zresztą moja odporność też.

Zaczęło się niewinnie jakieś dwa tygodnie temu. Lekkie przeziębienie. Szybko się go pozbyliśmy i wrócił do przedszkola na całe uwaga 4 dni! No masakra jakaś po prostu. Plus taki, że udało mu się załapać na swój pierwszy bal karnawałowy i Dzień Babci i Dziadka. Piątego dnia już do przedszkola nie dotarł. Bo popołudniu zaczął strasznie kaszleć.
Jako, że noc była ciężka postanowiłam wybrać się do pediatry. Jak na złość okazało się, że naszego lekarza nie ma, ale jest inny, który jeżeli chcemy może nas jeszcze przyjąć. No cóż, chciałam, żeby nas ktoś osłuchał, bo ten kaszel mi się nie podobał. Po wyczekaniu się (bo jeden pacjent siedział w gabinecie minimum 30 minut) przyszła nasza kolej i zapadła diagnoza (a może raczej jej brak?).
Pani Doktor stwierdziła, że:
·         Jest czysty osłuchowo
·         Kaszel pozostałość po nocy
·         Nic mu nie ma gardło nie jest nawet zaczerwienione (chociaż mi się wydawało, że jest spuchnięte, bo normalnie mogłam bez problemu zobaczyć czy nie ma czerwonego gardła)
Werdykt: ANTYBIOTYK  oraz podawanie nurofenu 2x dziennie. Nie ogarnęłam totalnie o co chodzi, lekarz też nie wyjaśnił. Wydała receptę i nawet nie powiedziała nic o dawkowaniu. Powiedziałam, że tak to ja się bawić nie będę i antybiotyku nie wykupiłam, powiedziałam sobie, że jeśli się pogorszy pojedziemy jeszcze raz ale na całodobową opiekę w ramach konsultacji, poza tym to był antybiotyk, którego nigdy nie miał, a większość leków powoduje u niego wysypkę i taka nagła zmiana nie jest dobra.
Długo czekać nie musieliśmy, kaszel się pogorszył, jeść nie chciał, wiec pojechaliśmy. Werdykt zapalanie krtani. Nie obyło się bez zastrzyku. Już myślałam, że będzie lepiej po tygodniu siedzenia w domu. Jutro mieliśmy iść na kontrolę i liczyłam, że w poniedziałek już będzie mógł wrócić do przedszkola. Lecz jednak los okazał się dla nas mniej łaskawy. Kaszel był coraz gorszy, dodatkowo dzisiaj obudził się ze spuchniętą i zaropiałą górną wargą…
„No pięknie” – tylko tyle przyszło mi na myśl. Serio. Jakby tego był mało, mnie też zaczęło coś zbierać i kaszel mnie zaczyna już wykańczać. Zadzwoniłam do ośrodka, ale niestety nie byłam w stanie tam dotrzeć. Myślałam, że z wizyty domowej będą nici (szczegół opisane na naszym fp) a tutaj doktor do nas dzwoni. Kaszel się nie podobał osłuchała i kolejna diagnoza „Mały ma zapalenie oskrzeli”. W mojej głowie pojawiło się milion przekleństw. Nie wiem nawet czy ktoś były to wstanie wypikać gdybym zaczęłam mówić na głos. Zaczęłam się zastanawiać Jak to jest kurde  możliwe. Tydzień siedzenia w domu. Nigdzie nie wychodziliśmy i zapalenie oskrzeli?! Czy ktoś potrafi mi to racjonalnie wyjaśnić? Bo mi się już kończą pomysły. Tak więc mamy zafundowany kolejny (minimum) tydzień siedzenia w domu (cierpliwości zaczyna mi brakować).
No i niech mi ktoś powie, że to „zasrane” powietrze nie ma wpływu na nasze zdrowie, samopoczucie i ogólnie na wszystko co się da. Jeszcze w przypadku nas alergików (tak obydwoje z synem mamy ten „zaszczyt” bycia alergikiem).

________

wybaczcie za słownictwo, ale już po prostu wymiękam i nie mam już sił. 



Komentarze

Popularne posty