piątek, 21 kwietnia 2017

Noszę, bo kocham!


To, że kochamy chusty i nosidła każdy raczej już wie. Można powiedzieć, że zdecydowanie na ich punkcie mamy fiola. Albo raczej ja mam. Ile razy to wzdychałam do komputera czy też obśliniałam tablet, bo w Internecie pojawiło się kolejne coś! Coś, co usilnie próbowało mi skraść serce. Jak na złość okazywało się, że długość jest idealna a wzór dosłownie łapał za serce. Ile razy to ja usłyszałam, „co Ty w tym widzisz? Kawałek szmaty, czym się tutaj zachwycać”

Zachwycałam się, a i owszem.
Zachwycam się do dzisiaj i szczerze Wam powiem, że pewnie szybko się to nie zmieni.
A dlaczego?
Bo to kocham! Bo nie raz chusta czy też nosidło po prostu ratowało mi dupę i mogłam zrobić wiele rzeczy więcej. Bez nich część rzeczy byłaby po prostu niewykonalna!
Ale nie było tak od początku. Nie nazwałabym tego też miłością od pierwszego wejrzenia. Powiedziałabym nawet, że podchodziłam do tego bardzo sceptycznie, ile ja to się nasłuchałam komentarzy w stylu
jak w tym można nosić?!”
przecież to na pewno nie jest bezpieczne”
on ci z tego wypadnie, zobaczysz”
Ale nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła na przekór, chustę kupiłam (okazała się beznadziejna, bo najzwyczajniej w świecie źle dobrana i ze złego materiału), potem inna się wplątała w nasze ręce, kupiłam kolejna, milion pomacałam, kilka potestowałam i przesiedliśmy się prawie w 100% na nosidło ergonomiczne, w którym zdobyliśmy Czarny Staw i Morskie Oko. Pewnie jeszcze kiedyś powtórzymy ten wyczyn, a może i porwiemy się na coś bardziej szalonego. Kto wie, co z tego wyjdzie?
Teraz, kiedy urodził się Ksawery jeszcze przed porodem upolowałam jedno ze swoich chustowych marzeń, które grzecznie czekało aż przyjdzie na świat drugi potomek. Niestety cesarka trochę moje plany, co do noszenia pokrzyżowała, a kiedy już dobrze się czułam chusta mnie poskromiła, bo z Filipem zaczęłam trochę później, z takim Mikruskiem wcześniej nigdy nie ćwiczyłam (nie licząc lalki u doradcy, ale przecież lalka nie jest wiotka i nie przelewa się przez ręce, a główka nie lata na wszystkie strony), ale po kilku próbach udało się, wygrałam batalię z chustą i od tego dnia minimum raz dziennie jest u nas w użyciu.
Ile razy słyszałam „nie noś, bo przyzwyczaisz, nic potem nie zrobisz”
To jest najlepszy powód dla chusty, nawet jak wymaga noszenia to przecież ręce mam wolne, pójdę na zakupy, odbiorę starszaka z przedszkola, zrobię obiad, posprzątam, powieszę pranie, a dodatkowo jeszcze można się ze starszakiem pobawić. Ale, że problem jakiś, bo noszę np. przez pól dnia (jakby tak podliczyć wszystko do kupy?!) Ja problemu nie widzę, problem by był gdybym musiała tego małego Przylepca cały czas nosić na rękach bez wspomagaczy. Już zaledwie chwila mi wystarcza, a niedoleczony bark się odzywa, plecy wysiadają, bo jednak po ciąży muszą dojść do siebie i dochodzi jeszcze do tego ograniczenie rąk i brak mobilności w ciągu dnia, bo jak przygotować obiad z dzieckiem na rękach? Szczerze sobie tego nie wyobrażam mając jeszcze drugie dziecko w domu. Dlatego jak każdy się mnie pyta, co ty w tym widzisz? Powody wymieniłam wyżej i często je powtarzam w rozmowie.
Co jeszcze ważnego mogę do tego dodać?
Bezpieczeństwo – przecież dziecko nie wypadnie z dobrze zawiązanej chusty/nosidła (a za swoją rękę nie jestem tego pewna, bo lubi płatać różne Figle – pamiętam jak przy Filipie mi zdrętwiała i na chwile straciłam w Niej czucie dobrze, że to było nad łóżkiem, bo mogło się bardzo źle skończyć)
Dobrą pozycję dziecka – dobrze zawiązana chusta „wymusza” na dziecku pozycję żabki i plecka w literkę C. Czyli najlepszą pozycję dla dziecka.
Bliskość – czy jest jakieś dziecko, które później lub wcześniej nie wymaga większej ilości czułości (się mi zrymowało) /przytulania/noszenia. Ja nie znam, albo jeszcze się z takim nie spotkałam. Filipa nosiłam dużo i często i jakoś nie wydaje mi się, żeby się do tego przyzwyczaił, a poza tym jak mamy nie nosić dzieci? Przecież nosiłyśmy je 9 msc pod serduchem i przecież cały czas były bujane, myślicie, że w tym czasie się nie zdążyły do tego „przyzwyczaić” i nagle mniej lub bardziej im tego nie brakuje po wyjściu na druga stronę brzucha? Więc, do czego mamy je przyzwyczajać, skoro to jest jedna z tych nielicznych rzeczy, które znają i nie jest dla nim niczym nowym, a wręcz może dawać im poczucie bezpieczeństwa?
Oczywiście na ulicy nie zawsze spotyka się to z pozytywnym komentarzem, a często wręcz przeciwnie. Ile to ja już razy słyszałam
udusi go pani”
biedne dziecko takie ściśnięte”
gdzie jest bobas? No przecież na pewno chciałam go udusić ;D


TO SĄ TE NAJPOPULARNIEJSZE, z którymi spotykamy się, na co dzień. Jakie to było moje zdziwienie, kiedy wczoraj aż trzy osoby (pielęgniarka, laryngolog i chirurg na USG bioderek) pochwalił to, co robimy i ich wypowiedzi były pełne empatii i podziwu, a nie ukrywam, że nastawiałam się na najgorsze i scenariusz ten najciemniejszy kłębił się w zakątkach mojej głowy. A tutaj takie miłe zaskoczenie, najwidoczniej mentalność ludzka się zmieniała od czasu jak paradowałam ze Starszakiem w chuście czy też nosidle. Było to bardzo miłe zaskoczenie jak dla mnie!
My to kochamy i każdemu polecamy, żeby, chociaż spróbować.
A Wy nosicie się? Tulicie? Co sądzicie o chustonoszeniu?
trochę wspomnień. Mały łysy Filip <3

Starszaka w ciąży można? Można ;)
A zdjęcie to chyba kalkulatorem robiliśmy ;D

A to był pierwszy spacer Ksawerego w chuście ;) Pierwszy raz w chuście kółkowej! Daliśmy radę i nawet nie wypadł ;D




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz